Na Via Funari, tłumaczenie Iosifa Brodskiego

Wiersz napisany w 1995 roku, w hotelu Quirinale w Rzymie

Dziwne gęby wyglądają przez twoje okno,
na dziedzińcu pałacu Gaetani cuchnie stolarskim klejem,
a 'Gino', gdzie piliśmy kawę i skąd odbierałem klucze,
zamknęli. Zamiast niego jest sklepik,
w którym handlują krawatami i skarpetami,
bardziej potrzebnymi niż 'Gino' i my -
i to z każdego punktu widzenia. A ty daleko, w Tunezji
albo w Libii, kontemplujesz fałdy fal,
których koronki biją w brzeg Italii,
niczym Septymiusz Sewer. Nie uważam, że wszystkiemu
winne są pieniądze, bieg czasu albo ja.
W każdym razie nie mniej wiarygodne jest,
że dobrze nam znana martwota
wszechświata, zmęczona swoją durną
nieskończonością, szuka sobie schronienia
na ziemi, a my jesteśmy pod ręką. I wypada jeszcze
powiedzieć dziękuję, kiedy poprzestaje na mieszkaniu,
wyrazie twarzy albo kilku szarych komórkach,
zamiast zagonić nas prosto do ziemi,
co uczyniła już z rodzicami, bratem, siostrą i z D.
Dzwonek do drzwi to tylko krater
w miniaturze, zionący skromnie
wskutek zetknięcia z kosmosem, kawałkiem meteorytu,
a wejścia zasypane są ospą z tamtej strony świata.
Krótko mówiąc, nie zobaczyliśmy się. Boję się,
że druga szansa nie nadejdzie szybko. Być może nigdy.
Nie żałuj - wątpię, czy bym mógł
wyznać ci więcej niż Kanopus Syriuszowi,
chociaż to tu, u twoich drzwi,
zetknęły się, zetknęły w biały dzień,
a nie pod teleskopem czujnej nocy.
Trwa ładowanie komentarzy...